Podczas rozpoczęcia roku szkolnego w Białym Domu, prezydent USA Donald Trump zasugerował rodzicom, by szczepienia małych dzieci odbywały się stopniowo, co jego zdaniem może wpłynąć na autyzm. Tego samego dnia postawił publiczne szkoły w gotowości w kwestii płci, a jego sekretarz edukacji, Linda McMahon, zagroziła wycofaniem federalnego finansowania dla instytucji prowadzących „radykalne eksperymenty” z dziećmi.
10 sierpnia Trump podpisał dekret ograniczający obowiązkowe szczepienia, proponując, aby szczepionki przeciwko odrze, śwince i różyczce (MMR) były podawane oddzielnie. W USA wycofano sprzedaż trójwalentnej szczepionki MMR, a w Rumunii władze utrzymują, że wszystkie szczepionki są „bezpieczne i skuteczne”.
Mój komentarz.
Owszem w Polsce dokonuje się czegoś strasznego na dzieciach podając im już w pierwszej dobie po urodzeniu kilka „szczepionek”.
Ale w przypadku podejścia Trumpa to jest śmiech na sali. On drwi z ludzi wmawiając im, że rozdzielenie dawek trucizny zabezpieczy przed powikłaniami.
Punktem wyjściowym w debatach o szczepieniach powinno być to nie ile i kiedy, ale wolny wybór rodziców bez zmuszania i zastraszania czy presji.
